HISTORIA O TYM JAK PRZYSZŁAM DO PRACOWNI I JUŻ Z NIEJ NIE WYSZŁAM

Skończyłam studia. Obroniłam dyplom. Odpoczęłam. Zaczęłam się nudzić. Co robić ze swoim życiem? Wyszłam z domu i zaczęłam krążyć po mieście z CV w ręku.

Nie naspacerowałam się zbyt długo, bo swoje pierwsze kroki skierowałam do Pracowni Miejskiej. Fajna nazwa. Pracownia. Coś słyszałam o tym na studiach. Tam się podobno pracuje i podobno wiąże się to jakoś z gospodarką przestrzenną. Ale czy na pewno? Słyszałam wcześniej o tej pracowni, w gazetach czytałam. Robili jakieś akcje, zabawy, gry miejskie. Brałam nawet udział w dwóch! Podobało mi się, ale jednocześnie dało mi to do myślenia jak to może się wiązać z GP. No nic, pójdę, sprawdzę, zapytam.

Zapukałam do drzwi. Nie bez zapowiedzi! – ostrzegłam właścicielkę jakiś czas wcześniej, że przyjdę. Bardziej byłam ciekawa tego co tam się właściwie dzieje, niż miałam nadzieję znaleźć pracę.

– „Cześć! Wchodź, wchodź! Już wstawiamy wodę na herbatę!” Przywitały mnie dwie młode, uśmiechnięte, niewiele starsze ode mnie dziewczyny. Od razu złapałyśmy dobry kontakt, poczułam się pewnie w ich towarzystwie.

– „Opowiedz nam coś o sobie. Co porabiasz w Koninie?” Powiedziałam więc trochę o sobie, o moich studiach, o tym gdzie byłam i co robiłam do tej pory. Opowiedziałam o tym, że na studiach byłam w kole naukowym, z którym robiłam Strategie Rozwoju jednej z lubuskich gmin. Mówili mi wtedy, że mój przyszły pracodawca z pewnością się tym zainteresuje, ale ja nie do końca w to wierzyłam. Wydawało mi się, że to nic wielkiego, przecież w trakcie studiów napisałam kilka dokumentów, narysowałam kilka planów. A dziewczynom oczy zaczęły się świecić.

– „A wy? Czym się zajmujecie?” Zaczęły opowiadać, a mi coraz bardziej szczęka opadała. Badania, przyszłość, miasta, foresight, mieszkańcy, problemy i rozwiązania. Przecież to świetne i to ma związek z GP. Im dłużej opowiadały, tym bardziej czułam, że to miejsce dla mnie. Czułam jednocześnie, że to, czego dowiedziałam się na studiach to jakaś baza baz. Przede mną były natomiast poważne rzeczy, o większości których usłyszałam po raz pierwszy i miałam milion pytań.

– „Przyjdziesz do nas jeszcze?” zapytały.

– „W sumie to mogę przyjść jutro. I tak nie mam nic lepszego do roboty w domu. Gram w gry. Tak to przyjdę do was, może się do czegoś przydam, pomogę wam, poopowiadacie jeszcze.”

– „Dobra! To do jutra.”

Przyszłam jutro. I pojutrze. I kolejnego dnia. Przychodziłam i ciągle zadawałam pytania. Chciałam wiedzieć wszystko i jeszcze trochę. W którymś momencie zaczęłam mówić „bo my w Pracowni”. My, czyli ja też. Tak zostałam członkinią zespołu. Później udało się załatwić staż. Pierwsze złotówki zaczęły się z tego rodzić, a z nimi kolejne zadania. Później umowa. Później podwyżka. Od mojej pierwszej wizyty za miesiąc minie 3 lata. A ja czuję, że to po prostu musiało tak się wydarzyć. To był przypadek i szczęście. Gdyby ktokolwiek mnie zapytał, co będę robić po studiach, na pewno nie odpowiedziałabym, że będę pracować z fantastycznymi, młodymi i mądrymi ludźmi, będę mogła dowiedzieć się dużo o sobie i świecie, rozwijać się, dążyć do bycia ekspertką i do tego być z siebie zadowoloną.

Dopiero niedawno dziewczyny się przyznały do tego, że myślały, że zrobiłam to celowo. Że to była moja taktyka na zdobycie miejsca w zespole. Mogły tak pomyśleć, bo dzień po moich pierwszych odwiedzinach zamykały rekrutację na stanowisko stażysty. A ja nie miałam o tym pojęcia. Dowiedziałam się kilka dni później, jak już zdążyłyśmy się do siebie wzajemnie trochę przyzwyczaić. Dziewczyny zaprosiły zresztą kandydatów na rozmowę kwalifikacyjną. Podobno nikt nie zrobił na nich takiego wrażenia.

A to tylko zbieg okoliczności. „Koincydencja” jak by powiedział jeden z naszych kolegów.

 

Dodaj komentarz

Scroll to top