PLANISTA SUPERBOHATER POTRZEBNY OD ZARAZ

Regularnie powraca do mnie myśl o tym, co robić, żeby zawód planisty znów zaczął zyskiwać ogólny szacunek i by nastała rzeczywistość, w której absolwenci gospodarki przestrzennej są potrzebni w dużo większej liczbie miejsc, niż tylko w biurach planistycznych (które nie wszędzie są). Zależy mi na tym tak po prostu, z serca i sentymentu do mojego kierunku studiów. Smuci mnie to, ile osób po planowaniu przestrzennym nie może odnaleźć swojej drogi i podzielić się wiedzą, którą ma.

Ostatnio pisałam o tym, że jedną z możliwości jest poszukanie miejsca w szeroko rozumianym sektorze smart city. Nowe technologie, pomiary i analizy, praca z danymi i wizualizacje, to zaledwie część z zagadnień, z którymi planiści bez problemu powinni sobie poradzić. Już dziś powstają systemy, oprogramowanie i urządzenia, które pozwalają wyposażyć miasta w smart rozwiązania (pisałam już też o tym, jak szukać pracy w sektorze prywatnym).

Tym razem pojawia się kolejna dziedzina, która nie dość, że nabiera na znaczeniu i popularności, to daje dużą szansę, jeśli nie na powrót czasów świetności planistów, to chociaż wskaże rosnącą potrzebę ich obecności i działania w miastach.

Otwiera się bowiem całe spektrum zagadnień i problemów do rozwiązania, związanych z kryzysem klimatycznym.

Niedawno zakończony szczyt COP24 w Katowicach otworzył wielu osobom oczy na problemy, które w najbardziej widoczny sposób dotykają miasta. Dramatyczne dane i doniesienia medialne dotyczące jakości powietrza w polskich miastach, rosnący problem tzw. „miejskich wysp ciepła„, problemy związane z anomaliami pogodowymi i całą masą innych, niebezpiecznych i kosztownych dla miast zagrożeń to tylko próbka tego, z czym mierzyć będą się samorządy lokalne w najbliższym czasie.

Coraz odważniej mówi się (chociażby na konferencjach, na których ostatnio goszczę) o przyczynach tego stanu. I za ten wskazywany jest między innymi brak planowania przestrzennego. Cały bałagan związany z rozlewaniem się miast, nieekonomiczne zarządzanie przestrzenią, niedostosowanie funkcji do liczby mieszkańców, prognoz i trendów, brak równowagi przyrodniczej i niezrównoważone zarządzanie zasobami to efekt postępującego chaosu, który zapanował po deregulacjach planistycznych. Mimo śladowych ilości planowania na poziomie lokalnym (MPZP, Studium), mało które miasto może poszczycić się konsekwentnym, odpowiedzialnym rozwojem. Przez ostatnie lata zbyt często liczył się szybki zysk, a nie długofalowy koszt.

Źródło: https://usa.streetsblog.org/2015/03/05/sprawl-costs-the-public-more-than-twice-as-much-as-compact-development/

Wystarczy spojrzeć na powyższe wyliczenia, sporządzone co prawda dla Nowej Szkocji w Kanadzie, żeby zdać sobie sprawę ile tak naprawdę mogą kosztować mieszkańca takie wygody (bo przecież to wszystko realizowane jest z naszych podatków, czyli w praktyce z naszej kieszeni). W naszym przypadku możemy zastanowić się chociażby nad wzrostem wydatków lokalnego samorządu (na przykładzie mojego rodzinnego miasta Konina) na infrastrukturę (wydatki budżetów gmin na prawach powiatu, w dziale 600: Transport i łączność, źródło: Bank Danych Lokalnych) z 19,2 mln w 2001 roku do 50,4 mln w 2017 roku. Już tylko te dane mogą wprowadzić nas w głęboką refleksję nad skalą problemu.

Do coraz bardziej kosztownego gospodarowania przestrzenią doszło nam kolejne wyzwanie – jakość powietrza. Tutaj jednak nie tylko planiści, a każdy pojedynczy mieszkaniec ma szansę na reakcję i działanie. Odejście od zużywania paliw kopalnych, zielona energia, ekologiczny transport i inne oszczędności energetyczne to zaledwie część z zagadnień, które powinniśmy zacząć brać pod uwagę nie tylko w procesie planowania przestrzennego miast, ale w naszym codziennym życiu. O tym, jak to zrobić, będę jeszcze z pewnością dużo pisać. Teraz zaznaczmy tylko obecność tych tematów i pochylmy się nad szerokim kontekstem wyzwań.

Niektórzy mówią, że my, mieszkańcy, sami ponosimy odpowiedzialność za ten stan. To w końcu my domagamy się życia w coraz większych mieszkaniach i domach, spokojnych, najlepiej ogrodzonych i oddalonych od centrum, poza miastem, domagamy się później dróg, żeby do nich dojechać, infrastruktury, autobusów, sklepów i wszystkiego, co jest nam niezbędne. Ale z drugiej strony ktoś nam na to od lat pozwala (brak planistów? Urzędnicze decyzje niekoniecznie oparte na wiedzy urbanistycznej?).

Tak, czy inaczej, nie stać nas na to, żeby kontynuować takie gospodarowanie naszymi miastami. Jeszcze nie wiemy liczbowo jakiego rzędu koszty ponosimy w Polsce, a tym bardziej nie wiemy jeszcze co z kosztami niepoliczalnymi. Wszystko wskazuje na to, że niezależnie od tego jakie one są, są już zbyt wysokie. Nie mówimy już przecież teraz tylko o kosztach ekonomicznych, ale o zdrowiu i życiu mieszkańców.

Dodaj komentarz

Scroll to top